Web 2.0, Social Media, blogosfera, mikroblogi i serwisy społecznościowe. Blog Marty Klimowicz

internet

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Ambient intimacy (które tłumaczę jako "wszechobecną intymność" choć może "otaczająca" byłoby lepsze) to termin, który ukuła brytyjska badaczka sieci, Leisa Reichelt.

Wszechobecna intymność oznacza możliwość bycia w regularnym kontakcie z osobami, z którymi zazwyczaj nie byłoby takiej możliwości ze względu na bariery czasowe i przestrzenne. Flickr pozwala mi zobaczyć, co moi przyjaciele jedli na lunch, jak zmienili wystrój sypialni i jaką mają teraz fryzurę. Twitter mówi mi, kiedy są głodni, jaką technologią są sfrustrowani i z kim będą pili wieczorem.

Flickr i Twitter to tylko dwa spośród kilku najpopularniejszych serwisów, dzięki którym internauci stale mogą być w kontakcie ze swoimi bliższymi i dalszymi znajomymi. Internet daje tym samym bezprecedensową możliwość utrzymywania wielu relacji. Z definicji nie są one szczególnie mocne, sprawiają jednak, że internauci są bardziej otwarci na znajomości, niż osoby, które nie korzystają z sieci.

Jakkolwiek zalety wszechobecnej intymności są znaczące - sprawia ona, że internauci to osoby bardziej otwarte na innych, mające więcej znajomych i szersze horyzonty, niż osoby, które z sieci nie korzystają. Jednocześnie z pewnością wiele osób było świadkami sytuacji, w której potrzeba natychmiastowego odnotowywania w sieci bieżących wydarzeń, sprawiała, że osoby, które to robiły, w mniejszym stopniu skupiały się na tym, co właśnie się działo.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy z nas ma przy sobie przynajmniej jedno urządzenie rejestrujące dźwięk i obraz. Na ślubach, koncertach czy po prostu spacerze w parku coraz częściej można zauważyć, że bardziej ważne od bycia tu i teraz ważniejsze jest wykonanie odpowiedniego ujęcia sytuacji. Pisała już o tym Susan Sontag, stwierdzając, że  dopiero zrobienie fotografii faktycznie jest dla innych potwierdzeniem naszej obecności w danym miejscu.

To nie wzbudza entuzjamu wszystkich, stąd też coraz częściej spotkać się można z próbami obrony przed stałą rejestracją wydarzeń, przebiegu rozmowy czy rozwoju imprezy.

Felinity podrzuciła mi link do bardzo ciekawego artykułu z New York Timesa. W skrócie - organizatorzy przyjęć i ich uczestnicy coraz częściej godzą się na pewne ograniczenia - zakaz rejestrownia imprezy, twittowania czy robienia zdjęć (które potem lądują na Facebooku).

W podobnym tonie o kompulsywnej potrzebie rejestrowania wakacji pisałą niedawno danah boyd, stwierdzając:

W możliwości wykonania 24/36 zdjęć z całych wakacji było coś pięknego. Potrafię przetrawić 24/36 zdjęć z czyichkolwiek wakacji. Ale kto o zdrowych zmysłach zakłada, że chcę przeglądać tysiące zdjęć, tylko dlatego, że był w stanie je zrobić?

I coś w tym chyba jest. O ile fantastycznie jest wiedzieć, co słychać u moich dalekich znajomych, to jednak nie muszę wiedzieć, co u nich słychać 24/7. Super jest zobaczyć kilkanaście zdjęć z czyichś wakacji, jednak oglądanie dziesiątków takich samych ujęć, które dla postronnej osoby niczym się nie różnią, staje się rodzajem nowoczesnej tortury.

piątek, 07 sierpnia 2009

Bardzo nie podoba mi się ton dyskusji, jaki w dzisiejszym poranku radia Tok FM usiłował narzucić Jacek Żakowski . Audycję i ciekawe komentarze można znaleźć u Olsa. Temat chamstwa w sieci jest ostatnio bardzo popularny - pisał też o tym niedawno Piotr Stasiak w "Polityce".

Czy internauci są chamscy, wulgarni i agresywni? Tak. Ale tacy są również ludzie, którzy z internetu nie korzystają, którzy rozmawiają przez telefon, siedzą w knajpie czy czekają na film. Internet, co prawda, ułatwia stanie się samozwańczym znawcą dowolnego tematu, nie zmienia jednak tego, jacy faktycznie jesteśmy.  Wielu osobom łatwiej też próbować obrazić rozmówcę, gdy oddziela ich ułuda anonimowości. To jednak nie zmienia faktu, że to nie internet jest winien czyichś kompleksów, frustracji czy nieciekawego życia.

Internet jest dokładnie taki, jak korzystający z niego ludzie.  Co miałaby zmienić sugerowana przez Żakowskiego premoderacja wypowiedzi internautów? Niektórzy mówią sensownie, inni mniej - i żadne medium tego nie zmieni. Słaby poziom komentarzy zdarza się wszędzie - w telewizji czy gazetach wcale nie rzadziej, niż na forum Onetu.

Przekleństw używamy wszyscy, także goście Jacka Żakowskiego. Czy ukrywanie tego faktu sprawi, że staniemy się lepsi, mądrzejsi, bardziej elokwentni? Dla jednych sieć kończy się na serwisach plotkarskich i stronach z pornografią - czy wprowadzenie cenzury sieci uczyniłoby z nich innych ludzi? Wątpię.

 

UPDATE: dyskusja przeniosła się na papier - Jacek Żakowski vs. Michał Olszewski i Paweł Wujec.

wtorek, 21 lipca 2009

Kilka dni temu PBI na swojej stronie poinformowało o tym, że "polscy internauci nie chronią swojej prywatności". Rozumiem, że miało być w tonie alarmistycznym, ale ponadto już niewiele rozumiem.

Relacja z wyników badań nie tłumaczy, jak rozumiana jest prywatność. Główny nacisk kładziony jest na podawanie przez internautów daty urodzin, imienia i nazwiska, miejsca zamieszkania etc. Dla mnie prywatność to coś zdecydowanie innego, niż udostępnienie w necie swojego numeru telefonu czy daty urodzin. Czy badani faktycznie wskazali na te informacje jako najbardziej prywatne i dlatego PBI właśnie nimi się zainteresowało? Czy też było to odgórnie narzucone?

Jak się do jakkolwiek rozumianej prywatności ma informacja, że "niemal 90 proc. ankietowanych ma darmowe konta pocztowe, a niewiele mniej (87 proc.) - profil w komunikatorze"? Czy to znaczy, że do zabójstwa prywatności przyczynia się również posiadanie numeru telefonu oraz skrzynki pocztowej?

I dalej w tym tonie, z zaskakującym podsumowaniem autorstwa Sławka Pliszki z PBI:

Zadziwiająca jest łatwość z jaką internauci umieszczają swoje prywatne dane w sieci. Tym bardziej, że nie zachowują się tak w świecie rzeczywistym.

Internet jest rzeczywisty. Komunikacja za pośrednictwem internetu jest rzeczywista. Nie tworzy się tu żadne drugie życie, nie ma co szukać sensacji. To, co prawdziwe i w pełni rzeczywiste jest przecież wystarczająco fascynujące.

Dla mnie samej prywatność w sieci to coś zupełnie innego, niż ukrywanie swoich danych osobowych. Pisałam już o tym kiedyś. Prywatność to te setki tysięcy zdjęć, które lądują na Naszej-Klasie, bezwstydnie odsłaniając przed innymi więzi łączące nieznajomych ludzi. Prywatność to lista odsłuchanej muzyki, którą odnotowuje Last.fm. Prywatność to określanie na Facebooku swojej sytuacji związkowej oraz zaznaczanie książek, które się aktualnie czyta.

Tak w sieci, jak i poza nią, prywatność jest tym, co decydujemy się dzielić z wybranymi ludźmi. Uczymy się stawiać granice i wyznaczać je według swoich potrzeb. I tak, jak niektórzy nie są świadomi, że ich rozmowa w pociągu może być słyszana przez wielu przypadkowych współpasażerów, tak nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że ich zdjęcia na Naszej-Klasie może oglądać każdy. Albo wcale nie - doskonale o tym wiedzą i właśnie dlatego to robią? Odpowiedź plasuje się zapewne gdzieś między "trudno powiedzieć" a "to zależy", nie da się jej jednak znaleźć w publikacji PBI.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39