Web 2.0, Social Media, blogosfera, mikroblogi i serwisy społecznościowe. Blog Marty Klimowicz
wtorek, 16 lutego 2010

Przy okazji niedawnej debaty premiera z internautami, zaczęłam się poważniej zastanawiać nad tym, kim w zasadzie są ci internauci. Co sprawia, że wyróżniani są spośród reszty społeczeństwa i traktowani jako oddzielna grupa (społeczność?) o specyficznych cechach? I wreszcie - kiedy ktoś staje się internautą?

Czy internauci to jedynie te osoby, które prowadzą blogi, są obecne na mikroblogach i wszystkich możliwych serwisach społecznościowych? Czy każdy, kto choć raz widział stronę internetową, może być już nazwany w ten sposób? Czy internautą jest każdy, kto kiedykolwiek skorzystał z możliwości internetu, nawet sobie tego nie uświadamiając?

Mam wrażenie, że ta kategoria jest nawet nie tyle płynna i trudna do zdefiniowania, co raczej bezużyteczna i stanowiąca próbę wyłonienia pewnej nieistniejącej grupy. Czy ktokolwiek próbuje dzisiaj wyodrębniać np. grupę właścicieli telefonów komórkowych (telefonautów), twierdząc, że są to osoby o specyficznych właściwościach?

Myślę, że znacznie bardziej poprawne i bliższe  rzeczywistości, byłoby nazywanie pewnych specyficznych podgrup, np. heavy-userów. To chyba oni najczęściej utożsamiani są właśnie z mitycznymi internautami.

Bo internautami jesteśmy wszyscy - lub wkrótce nimi będziemy.

poniedziałek, 30 listopada 2009

W połowie listopada miałam przyjemność moderować część konferencji New Media (Studies). Young European Research Studies. Jedno z najciekawszych wystąpień dotyczyło języka irlandzkiego i jego obecności na Facebooku. Autorką prezentacji była Aoife Lenihan, doktorantka Uniwersytetu w Limerick. W swoim doktoracie bada ona rolę oddolnych strategii  w rozwoju języka - i za takie uważa właśnie tłumaczenie Facebooka.

Aoife skupia się na tłumaczeniu serwisu na język irlandzki.Według pięciostopniowej skali UNESCO, oceniającej stopień zagrożenia języka, jest on "zdecydowanie zagrożony" wymarciem. Oznacza to, że posługuje się nim przede wszystkim pokolenie rodziców i starsze. Spis powszechny z 2006 roku odnotował, że językiem irlandzkim posługiwało się prawie 1,66 mln osób w wieku powyżej 3 lat. Od września 2008 dostępna jest irlandzka wersja Facebooka.

Największy serwis społecznościowy nie zatrudnia tłumaczy, ale oddaje tłumaczenia w ręce samych użytkowników. Funkcja ta pojawiła się w lutym 2008. Przełożenie serwisu na język hiszpański zajęło 1,5 tys. ochotnikom niecały miesiąc. Obecnie FB dostępny jest  już w 70 językach, na sfinalizowanie tłumaczenia czeka natomiast kolejnych 37. Jak można przeczytać na blogu Facebooka:

we're always looking to add new languages to help even the smallest cultures connect with everyone around them.

Możliwość samodzielnego sugerowania na jakie języki warto przetłumaczyć serwis, a następnie dyskutowanie nad odbywającym się tłumaczeniem, przyczyniać się może do znaczącego rozwoju tożsamości narodowej oraz upowszechniania znajomości języka. Podczas tłumaczenia poszczególnych stron serwisu, użytkownicy prowadzą między sobą zaciekłe dyskusje na temat poszczególnych słów czy całych wyrażeń. Internauci tłumaczący Facebooka na język irlandzki nie mogą np. zgodzić sie w temacie, które określenie na telefon komórkowy powinno być stosowane w oficjalnym tłumaczeniu serwisu.

Dla mniejszości postulowanie przetłumaczenia Facebooka na ich język stanowić może także jeden z elementów autonomizacji. Stąd na forum pojawiają się sugestie, by dokonać tłumaczenia FB np. na język kurdyjski. Zaistnienie w serwisie społecznościowym może pomóc także w jego międzynarodowej akceptacji.

Stosowanie Facebooka jako oddolnego narzędzia do kultywowania języków mniejszości, a także wzmacniania ich rozpoznawalności, może w ciekawy sposób wpłynąć na funkcjonowanie mniejszości narodowych i regionalnych. O ich istnieniu nie będą musiały świadczyć istniejące szkoły czy deklaracje podczas spisów powszechnych. Znaczącym dowodem może z czasem staż się liczba użytkowników Facebooka angażująca się w proces przekładu czy stosująca już gotowe tłumaczenie. Takie oddolne działania, prowadzone za pośrednictwem najpopularniejszego serwisu społecznościowego, moga okazać się znacznie bardziej skuteczne od jakichkolwiek działań polityków.

czwartek, 29 października 2009

Niedawno przeczytałam dwie ciekawe wypowiedzi na temat różnic między aktualizowaniem statusów na Facebooku i Twitterze. Socjolożka Danah Boyd uważa, że Facebook w większym stopniu jest przestrzenią prywatną niż Twitter. Wynika to z faktu, że znajomości na FB muszą być potwierdzone przez obie strony - tego wymogu nie znajdziemy w serwisie mikroblogowym, gdzie każdy może obserwować dowolną osobę bez jej zgody.

Tym samym, zdaniem Boyd, Facebook w większym stopniu pobudza do interakcji - statusy pojawiają się na stronach wszystkich znajomych, którzy w łatwy sposób mogą na nie zareagować, choćby przez ich "polubienie". Ciągle jednak jest to rozmowa pomiędzy osobami, które się znają. W przypadku Twittera możemy nawiązać dialog z kimś zupełnie nieznajomym, tylko dlatego, że zainteresował nas status tej osoby, linkowany przez nią film czy komentarz do bieżacych wydarzeń politycznych. Rozmowa ta toczy się w publicznej przestrzeni, co oznacza, że jest widoczna dla każdego użytkownika serwisu (o ile, oczywiście, jej uczestnicy nie zdecydują się na wykorzystanie prywatnych wiadomości i ukrycie swojego dialogu przez postronnymi internautami).

Natomiast według Roberta Scoble'a tym, co w największym stopniu odróżnia czynność aktualizowania statusu na Facebooku od tego samego na Twitterze, jest możliwość dokonania wyboru, czyje wypowiedzi mają być dla nas widoczne. Facebook sprawia, że widzimy nie tylko statusy czy zdjęcia naszych znajomych, ale także komentarze zamieszczane przez ich znajomych. Niekoniecznie muszą to być osoby, które są dla nas interesujące, może się wręcz zdarzyć, że z wielką chęcią zignorowalibyśmy ich obecność w tym samym serwisie społecznościowym. To jednak można znacznie łatwiej zrobić na Twitterze - wyświetla on tylko te statusy, które faktycznie chcemy widzieć, pochodzące od osób, które samodzielnie wybraliśmy do obserwowania.

Zastanawiam się, co dla mnie stanowi największą różnicę w aktualizowaniu statusów na Blipie i Facebooku. Z całą pewnością - tego pierwszego używam znacznie częściej, nie tylko do dodawania nowych blipnięć, ale także do rozmów z innymi użytkownikami. Coraz częściej używam go zamiast komunikatorów czy mejli. Status na Facebooku aktualizuję znacznie rzadziej i w sumie tego samego oczekuję od swoich tamtejszych znajomych. To zapewne kwestia przyzwyczajenia, byłabym jednak zdziwiona, odnajdując na FB ten sam rodzaj nadprodukcji statusów, jaki czasem można zaobserwować na Blipie.

Ciekawi mnie jeszcze jedna kwestia - w ostatnim czasie można zauważyć pojawianie się na FB osób, które przez kilkanaście ostatnich miesięcy intensywnie korzystały z jednej tylko społeczności internetowej. Często są to te same osoby, które przez ostatnie tygodnie dzielnie wklejały tam kolejne kody, mające zlikwidować mechanizm publikowania statusów. Ba, niektóre z nich ciągle to robią - nie zauważam jednak, by przeszkadzały im statusy na Facebooku. Zastanawiam się, jak sobie z tym radza?