Web 2.0, Social Media, blogosfera, mikroblogi i serwisy społecznościowe. Blog Marty Klimowicz
czwartek, 29 października 2009

Niedawno przeczytałam dwie ciekawe wypowiedzi na temat różnic między aktualizowaniem statusów na Facebooku i Twitterze. Socjolożka Danah Boyd uważa, że Facebook w większym stopniu jest przestrzenią prywatną niż Twitter. Wynika to z faktu, że znajomości na FB muszą być potwierdzone przez obie strony - tego wymogu nie znajdziemy w serwisie mikroblogowym, gdzie każdy może obserwować dowolną osobę bez jej zgody.

Tym samym, zdaniem Boyd, Facebook w większym stopniu pobudza do interakcji - statusy pojawiają się na stronach wszystkich znajomych, którzy w łatwy sposób mogą na nie zareagować, choćby przez ich "polubienie". Ciągle jednak jest to rozmowa pomiędzy osobami, które się znają. W przypadku Twittera możemy nawiązać dialog z kimś zupełnie nieznajomym, tylko dlatego, że zainteresował nas status tej osoby, linkowany przez nią film czy komentarz do bieżacych wydarzeń politycznych. Rozmowa ta toczy się w publicznej przestrzeni, co oznacza, że jest widoczna dla każdego użytkownika serwisu (o ile, oczywiście, jej uczestnicy nie zdecydują się na wykorzystanie prywatnych wiadomości i ukrycie swojego dialogu przez postronnymi internautami).

Natomiast według Roberta Scoble'a tym, co w największym stopniu odróżnia czynność aktualizowania statusu na Facebooku od tego samego na Twitterze, jest możliwość dokonania wyboru, czyje wypowiedzi mają być dla nas widoczne. Facebook sprawia, że widzimy nie tylko statusy czy zdjęcia naszych znajomych, ale także komentarze zamieszczane przez ich znajomych. Niekoniecznie muszą to być osoby, które są dla nas interesujące, może się wręcz zdarzyć, że z wielką chęcią zignorowalibyśmy ich obecność w tym samym serwisie społecznościowym. To jednak można znacznie łatwiej zrobić na Twitterze - wyświetla on tylko te statusy, które faktycznie chcemy widzieć, pochodzące od osób, które samodzielnie wybraliśmy do obserwowania.

Zastanawiam się, co dla mnie stanowi największą różnicę w aktualizowaniu statusów na Blipie i Facebooku. Z całą pewnością - tego pierwszego używam znacznie częściej, nie tylko do dodawania nowych blipnięć, ale także do rozmów z innymi użytkownikami. Coraz częściej używam go zamiast komunikatorów czy mejli. Status na Facebooku aktualizuję znacznie rzadziej i w sumie tego samego oczekuję od swoich tamtejszych znajomych. To zapewne kwestia przyzwyczajenia, byłabym jednak zdziwiona, odnajdując na FB ten sam rodzaj nadprodukcji statusów, jaki czasem można zaobserwować na Blipie.

Ciekawi mnie jeszcze jedna kwestia - w ostatnim czasie można zauważyć pojawianie się na FB osób, które przez kilkanaście ostatnich miesięcy intensywnie korzystały z jednej tylko społeczności internetowej. Często są to te same osoby, które przez ostatnie tygodnie dzielnie wklejały tam kolejne kody, mające zlikwidować mechanizm publikowania statusów. Ba, niektóre z nich ciągle to robią - nie zauważam jednak, by przeszkadzały im statusy na Facebooku. Zastanawiam się, jak sobie z tym radza?

wtorek, 13 października 2009

Od piątku w polskich kinach można oglądać film Julie & Julia, oparty na dwóch biografiach - amerykańskiej kucharki Julii Child i blogerki Julie Powell. Ta druga w 2002 roku postanowiła w ciągu 12 miesięcy przygotować wszystkie potrawy, które znalazły się w książce Mastering the Art of French Cooking autorstwa tej pierwszej. Swoje zmagania na bieżąco opisywała na blogu The Julie/Julia Project.

Sam film jest rozczarowujący pod wieloma względami (polecam recenzję z Przekroju), znacznie ciekawszy od niego jest artykuł autorstwa Katarzyny Bosackiej, zamieszczony w Wysokich Obcasach. Warto jednak przyjrzeć się blogowi prowadzonemu przez Julie Powell oraz badaniom, które na powstałej wokół niego społeczności przeprowadziła Anita Blanchard. Należy zauważyć, że cytowany artykuł pochodzi z 2004 roku, w przeciągu tych pięciu lat wiele się zmieniło w temacie badania społeczności internetowych, a także rozumienia ich specyfiki.

Badaczka zapytała komentatorów i czytelników blogu m.in. o to, czy mają poczucie, że tworzą "wirtualną społeczność". W skali 1-5, gdzie 1 oznacza "zdecydowanie nie", a 5 - "zdecydowanie tak", średnia odpowiedzi wynosiła 3, a więc - "ani nie, ani tak". Natomiast z towarzyszącego ankiecie badania jakościowego, Blanchard wysnuła wniosek, że większość osób badanych nie miała poczucia przynależności do społeczności. Według badaczki, pomimo swojej znacznej popularności, blog Powell nie stworzył społeczności. Zbyt wiele zależało od osoby blogerki i w chwili, gdy przestała ona zamieszczać nowe posty, większość ludzi straciła zainteresowanie tym miejscem w sieci.

Nie jestem pewna, czy ten wniosek jest całkowicie uprawniony. Po pierwsze - społeczności nie trwają wiecznie, co jednak nie przekreśla ich wcześniejszego istnienia. Po drugie - przypadek blogerki, która gromadzi wokół swojej strony wiernych komentatorów i czytelników, przypomina nieco blogi Kominka. Charyzmatyczna postać, blogera i unikatowość podejmowanej tematyki (lub sposób jej ujęcia), sprawiają, że społeczność blogowa gromadzi się w jednym miejscu, zamiast rozpraszać się na wielu stronach (jak to ma miejsce w przypadku szafiarek). Po trzecie wreszcie - zaskakuje sam fakt pytania o "poczucie społeczności" jako jedyny wskaźnik istnienia tej wspólnoty. Choćby dlatego, że nie wszyscy definiują społeczność jednakowo - dzieje się tak w obrębie samej socjologii, a co dopiero, gdy o społeczność zapytamy przypadkowe osoby, które nie są związane z naukami społecznymi. Po czwarte i ostatnie wreszcie - fakt, że nie wszyscy komentatorzy i czytelnicy deklarowali, że czują się członkami społeczności, również nie przekreśla jej istnienia. Społeczność skupiona wokół blogu nie musi być przecież tworzona przez wszystkie osoby, które na daną stronę zaglądają.

Na marginesie, warto zauważyć, że sprawą filmu blog ponownie ożył. Pod starymi wpisami pojawiają się komentarze osób, które właśnie zobaczyły Julie & Julia. Część z nich pisze o swoim zachwycie zarówno produkcją filmową, jak i samym blogiem, dziękując za inspiracje kulinarne. Inni są rozczarowani:

And I saw the movie today also, but what a disappointment to read this 'blog'! How can this persn call herself a 'writer'? 'Scribbler' is a more defining word! What a sad reflection on the easy, breezy artless communication that happens in this world now. Is 'lazy' the style that we use now instead of well crafted sentences, paragraphs, chapters, and books? I think I'll reread some of Tolstoy's 'War and Peace' as an antidote to this world of bloggin' 'n' textin'.

wtorek, 06 października 2009

Czy Twoi znajomi (a może i Ty sam), którzy od kilku tygodni nieustannie próbują usunąć ze swojego konta Śledzika są kretynami czy raczej prosumentami, którzy chcą aktywnie wpływać na kształt swojego ulubionego serwisu?

Zaczęło się chyba od razu, niemal z chwilą pojawienia się Śledzika na profilach wszystkich użytkowników Naszej-Klasy. Warto zaznaczyć, że wprowadzeniu tej funkcji nie towarzyszyła wcześniej żadna akcja informacyjno-edukacyjna. Owszem, były "przecieki" na blogi i portale branżowe, odsłaniające wygląd Śledzika i jego działanie. Jednak ci, którzy zaglądają na te blogi i portale raczej nie potrzebują wyjaśnień, czym jest mikroblogowanie i do czego dokładnie może służyć Śledzik. Zaś osoby, które takich informacji mogłyby potrzebować, otrzymały je dopiero  z chwilą wprowadzenia nowej funkcji.

I tak rozpoczęło się masowe dodawanie kodów do Śledzika. Niektórzy zaczęli węszyć spisek. Inni szybko tworzyli strony, na których informują, jak faktycznie można usunąć tę funkcję ze swojego profilu. Jeszcze inni zaczęli zarabiać na Śledziku, odwołując się do jego popularności  w reklamie swojego serwisu lub tworząc "petycję przeciwko komercjalizacji NK".

Równocześnie, na tym samym Śledziku, znajomi osób zaciekle przeklejających kolejne łańcuszki, zaczęli denerwować się ich zachowaniem. Coraz częściej pojawiają się stwierdzenia o raczej mało imponującej inteligencji osób, które się w ten sposób zachowują.

Na zajęciach studenci zapytani o to, jak zachęcić respondentów do wypełnienia ankiety, zgodnie odpowiadają, że należy obiecać podanie prawidłowego kodu usuwającego Śledzika z NK.

Czy jednak te kpiny są w pełni słuszne? Nasza-Klasa chwali się, że udało się stworzyć nową markę na rynku, która błyskawicznie stała się niemal powszechnie rozpoznawalna. To prawda. Co jednak z osobami, kosztem których to się odbyło? Co  w tym kontekście z wieloma światłymi tekstami o prosumentach, a więc konsumentach świadomych swoich praw i odpornych na tradycyjny marketing?

Nie powinno więc aż tak bardzo dziwić, że użytkownicy NK robią, co w ich mocy. Nie wszyscy są w stanie odnaleźć w wyszukiwarce skuteczne metody usunięcia Śledzika, przeklejają więc kody,  mając nadzieję, że niechciana funkcja w końcu zniknie.

Myślę, że wklejanie tych łańcuszków (czasem zawierających błędy ortograficzne czy wulgaryzymy) nie świadczy o niskim IQ użytkowników NK - a z pewnością nie we wszystkich przypadkach. Mówi natomiast dużo o zmianie świadomościowej: nawet mało biegli użytkownicy internetu oczekują możliwości wpływania na zawartość swojego profilu w serwisie społecznościowym. Zaś ich brak kompetencji w żaden sposób nie wpływa na te oczekiwania.

(A dla naprawdę zdeterminowanych - najskuteczniejszy sposób na pozbycie się niechcianej ryby.)

 
1 , 2