Web 2.0, Social Media, blogosfera, mikroblogi i serwisy społecznościowe. Blog Marty Klimowicz
niedziela, 26 sierpnia 2007
mark cuban uważa, że internet jest już martwy i nudny, porównuje go do wynalazku typu koło czy druk - coś, co rewolucjonizuje nasze życie, z czasem jednak przestaje się zmieniać i rozwijać, zatrzymując się w danym punkcie. cuban stwierdza, że internet jest już ustabilizowany i nie tworzą się już wokół niego nowe pomysły, a nasze korzystanie z niego nie różni się niczym od tego, co robiliśmy w necie pięć lat temu. (nie wiem, co to znaczy, że tak samo klepiemy w klawiaturę? w sumie zatem nasze używanie komputera nie różni się niczym od korzystania z maszyn do pisania choćby, bo wykonujemy te same gesty. bo jeśli mielibyśmy mówić o przemianach społecznych uwarunkowych internetem, to powiedzenie, że w ciągu ostatnich pięciu lat nic się nie zmieniło jest po prostu głupie.)
 
rozumiem, że cuban pisze ze szczególnej perspektywy, która pozwala mu na stawianie tego typu tez. rozumiem, że celowo generalizuje. ale jednak przesadza, bo stwierdzenie, że w przewidywalnej przyszłości internet nie będzie się rozwijał i generował nowych pomysłów jest mocno na wyrost. chyba, że uznamy, że przewidywalna przyszłość dotyczy najbliższych, powiedzmy, kilku godzin albo cuban dysponuje wiarygodną szklaną kulą. 
 
marcin jagodziński pisał ostatnio o problemach z rozchodzeniem się światów - tych, którzy tworzą serwisy, aplikacje etc. i tych, którzy je konsumują: ci pierwsi są coraz dalej od tych drugich. i choć to faktycznie może być problemem, to jednak według mnie bardziej problematyczną jest sytuacja, w której ci, którzy ogłaszają końce web 2.0, końce internetu czy w ogóle końce wszystkiego, czynią to na podstawie swoich obserwacji związanych z posiadaniem konkretnych umiejętności technicznych. z nie do końca zrozumiałych dla mnie przyczyn, wiedza ta sprawia, że zaczynają się czuć oni uprawnieni do stawiania stwierdzeń o naturze społecznej, co kojarzy mi się zwykle z panami taksówkarzami tudzież fachowcami wszelkiej maści, dokonujących remontów i napraw, którzy zawsze wiedzą, jak jest, dokąd zmierza świat i co należałoby zrobić, żeby było lepiej. i tylko nigdy nie wiem, czemu oni mi naprawiają światło w łazience, zamiast kierować rządem na przykład, skoro mają już wszystkie odpowiedzi i pytania. 
piątek, 24 sierpnia 2007
the net is feminine, napisała sadie plant, a teraz jej słowa znajdują odzwierciedlenie w społeczeństwie brytyjskim, najbardziej aktywnym internetowo spośród narodów europejskich. przeciętny brytyjczyk tudzież przeciętna brytyjka spędza w sieci dziennie 36 minut (co można zrobić w tak krótkim czasie, chyba ledwo pocztę sprawdzić i feedy przejrzeć?!).
 
z opublikowanych wczoraj wyników badań wynika, że w przedziale wiekowym 25-34 lata to kobiety spędzają więcej czasu w sieci, niż mężczyźni. ta przewaga to zaledwie pięć puntów procentowych, więc nie ekscytowałabym się tak bardzo, jak czyni to autorka artykułu zamieszczonego w guardianie; przy uwzględnieniu błędu statystycznego mogłoby się okazać, że liczba internautek i internautów jest niemal równa. znacznie bardziej ciekawe jest to, że najwięcej czasu w sieci spędzają ludzie po 65 roku życia, a najpopularniejszy zadeklarowany cel korzystania z internetu to ściąganie muzyki i filmów (dziwi nieobecność sprawdzania poczty i poszukiwania informacji czy wreszcie zwykłego przeglądania stron - nie wiem, czy nie było tego w kwestionariuszu, czy naprawdę społeczeństwo brytyjskie jest tak odmienne).
 
skoro jednak ukobiecenie sieci zostało dostrzeżone, warto przyjrzeć się dwóm uzasadnieniom tegoż faktu. pierwsze z nich jest cytatem z kierownika przytaczanych badań; stwierdza on: kobiety w tej grupie wiekowej częściej przebywają w domu i w związku z tym mają więcej czasu, by korzystać z sieci. ja nie wiem, skąd te informacje, nie wiem, skąd takie właśnie uzasadnienie i nie wiem, czemu wydaje mi się być ono obraźliwe dla kobiet. od kilku lat trąbi się o tym, że to kobiety są lepiej wykształcone, mają wyższe zarobki etc. - a jak wiadomo z innych jeszcze badań, to osoby o wyższym wykształceniu, z dużych miast i o wyższych zarobkach częściej korzystają z sieci. więc może takie jest słuszniejsze wyjaśnienie?
 
nie ma jednak co się aż tak bardzo czepiać pana jamesa thicketta, może ma jakieś tajne informacje, z którymi nie spieszy się ujawniać, a może to jakiś skrót myślowy nieprzemyślany do końca. to stwierdzenie samej autorki artykułu zasługuje na większą uwagę; uważa ona, że nie ma nic zaskakującego w tym, że wśród osób nastoletnich korzystających z internetu wzrasta procentowy udział dziewczyn. otóż - uwaga - jednym z ich ulubionych celów są społeczności internetowe, w których mogą kontynuować szkolne plotki. brawo. rzeczywiście. to jest naukowo stwierdzone, że nastolatki (płci żeńskiej, oczywiście) nie robią nic innego, tylko plotkują. sprowadźmy wszystko do tego, nie wiem, po co jeszcze jakieś badania, w ogóle po co cała ta socjologia, skoro takie perły nam się rzuca w prasie codziennej.
 
i od razu odpowiem, żeby niektórzy nie musieli się w komentarzach trudzić: wiem, że tekst dziennikarski to nie artykuł naukowy. a jednak w czymś są dla mnie podobne: od obu wymagam unikania płycizny intelektualnej.
 
a dla ciekawych kilka wykresów przedstawiających najbardziej interesujące wyniki badania:
 
środa, 22 sierpnia 2007
zacznę konfesyjnie: mam problem z gazetą wyborczą. od kilku lat czytam ją kierowana już bardziej siłą inercji, niż czymkolwiek innym. traktuję to jako porcję codziennego bulwersu, substytut kawy. ciśnienie mi spada - zaglądam do wyborczej. i czytam o tym, jak bardzo nie jest im wszystko jedno.
 
wyborcza, natomiast, ma solidny problem z internetem. niech mi ktoś przypomni jeden porządny reportaż, w którym udało im się odbić od poziomu banałów i stereotypów. bo może ja jakoś wybiórczo czytam i nie widzę, za to trafiam na same perełki w stylu dzisiejszego reportażu "jeśli kogoś kocham, w realu, czy tutaj, nie zdradzę go nigdzie". artykuł ten ma być relacją z badań, jakie przeprowadzono w second life. no i dobrze, wiem, kiedy zostały przeprowadzone te badania, ile osób wzięło w nich udział, dlaczego nie podano ich imion czy nicków, dowiaduję się nawet, jaki jest cel badania: "sprawdzić, czy światy wirtualny i rzeczywisty się przenikają i jak". ale dlaczego nie wiem nic na temat tego, jak zapraszano te osoby i dlaczego przeprowadzono badania właśnie z tymi. rozumiem, że dla wielu osób te informacje mogą być zbędne, ale dodanie jednego zdania na ten temat rozwiałoby wiele wątpliwości.
 
autor artykułu, vadim makarenko, reprezentuje bardzo typową dla publikacji wyborczej postawę: internet to coś zupełnie odrębnego od "normalnego, zwykłego" życia, konksekwentnie określa go mianem "świata wirtualnego", zaś ludzie, którzy przebywają w "internetowej grze w życie", jak nazwane zostało second life, przedstawieni są dosyć okrutnie: grupa nieudaczników, którym poza second life nic się w życiu nie udaje, nie mają przyjaciół, firmy, pieniędzy, nie mają nawet odpowiedniego w dzisiejszych czasach wyglądu, więc uciekają w świat fikcji i ułudy.
 
ciekawych problemów przysparza również koncepcja awatarów: według dziennikarza jest to "drugie ja", za pomocą którego ludzie przedstawiają się w second life. może ja za dużo naczytałam się o późnej nowoczesności czy ponowoczesności, ale czy nie pora skończyć z tym rozdzielaniem: to ja, a to jeszcze inna, druga ja, skoro pojęcie płynnej tożsamości już dawno umożliwia nam zgodę na to, że nie zawsze jesteśmy tacy sami i wiedziemy wiele różnych żyć, nawet, jeśli nie korzystamy przy tym z internetu?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8