Web 2.0, Social Media, blogosfera, mikroblogi i serwisy społecznościowe. Blog Marty Klimowicz
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Szczerze mówiąc, piłka nożna interesuje mnie w dokładnie tym samym stopniu, co i zawody golfowe, kojarzę, że jest piłka i że wzbudza to wiele cudzych emocji. Proszę bardzo, niech sobie grają, niech sobie się tym emocjonują, nie wiem tylko, czemu nagle ja muszę uczestniczyć w tej zbiorowej histerii i nie móc wysłuchać/przeczytać wiadomości, w których nie kopinogi będą informacją dnia. Tzn. wiem, to tylko figura retoryczna, wiem i wcale mi się to nie podoba. Ciekawie napisała o tym Ania Wiatr, a że komentarze sprowadzają się do kwestii tego, co jest nudne to już zasługa czytających.
 
Ale to wszystko jest w tym momencie nieważne, znacznie ważniejsze jest dla mnie co innego - jak to jest możliwe, że w sytuacji, gdy tyle się mówi o tym, żeby nie pisać byle czego w necie, bo nasz przyszły pracodawca weźmie i to znajdzie, tak wiele osób decyduje się na wysuwanie pod adresem brytyjskiego sędziego Howarda Webba gróźb karalnych. (Dla niewtajemniczonych - Webb to człowiek, który sprawił, że reprezentacja polski przegrała jeden z meczy. Niewiele wiem o sportach zespołowych, ale tego, że winą za przegraną nie obarcza się nigdy samych piłkarzy, nauczyłam się już dawno.)
 
Nie ma co opisywać szczegółów, bo są one na tyle ciekawe, na ile pozwala na to wyobraźnia i inteligencja ich twórców, więcej można poczytać np. tu i tu (a tutaj o "naturalnej reakcji każdego kibica" według premiera Polski). I to nie chodzi o to, że nie rozumiem tych emocji, przenoszenia swoich ambicji na grupę kilkunastu mężczyzn w krótkich spodenkach. Zdecydowanie bardziej zastanawia mnie społeczne przyzwolenie na wysuwanie gróźb pod adresem sędziego.
 
Mam nadzieję, że gdy opadną już ostatnie emocje związane z piłką nożną (i np. rozpoczną się kolejne, z olimpiadą, tym razem, związane), przynajmniej część osób, która dziś beztrosko wypisuje sobie, co by zrobiła Webbowi, zdoła się zastanowić i zawstydzić.
piątek, 06 czerwca 2008
W zeszłym roku miałam okazję uczestniczyć w konferencji organizowanej przez brneński Uniwersytet Masaryka i z całą pewnością była to jedna z bardziej ciekawych i wartościowych merytorycznie konferencji, na jakich byłam. Do końca lipca można wysyłać zgłoszenie na jej tegoroczną edycję
poniedziałek, 02 czerwca 2008
Minął już tydzień, odkąd zanotowałam sobie, żeby napisać o Blipscanie, który wywołał dosyć szeroki odzew w dniu swojego pojawienia się. Ponieważ jednak dosyć szybko przycichło, uznałam, że ludzie korzystający z Blipa są w przeważającej części rozumni i świadomi od samego początku, że zarówno ich statusy, jak i rozmowy z innymi użytkownikami serwisu nie są w żaden sposób sekretne i niedostepne innym. Dziś jednak okazało się, że nie, że można mieć pretensje o to, że ktoś - zupełnie przypadkowy, bez naszej zgody - może te rozmowy podejrzeć w dowolnym czasie.
 
Pisałam już na Technoblogu o tym, jak to jest z prywatnością na Blipie, pisałam również o samym rozumieniu pojęcia "prywatności" w sieci (również przy okazji wywiadu z Igora Janke z Vaglą) i w zasadzie nie ma sensu się powtarzać. Jeśli ktoś uważa, że Blip powinien działać tak samo, jak komunikator czy mejl, to chyba zupełnie nie rozumie jego założeń i powinien raczej pozostać przy tym, co sprawdzone w jego przypadku. Jeśli nie chce podawać nikomu swojego numeru telefonu, to tego nie robi, ale dlaczego od razu zakładać, że osoby, które to robią, nie są świadome konsekwencji?
 
Pomijając już fakt, że Blip to nie Nasza-Klasa i gromadzi zgoła innych internautów i internautki, nie ma co fetyszyzować pewnych informacji. Znam osoby, które nie podają swoim studentkom i studentom adresu mejlowego, uznając, że od tego są konsultacje, by móc się z nimi skontaktować. Czy zatem należy wpadać w panikę i kasować wszelkie namiary na siebie w sieci? Kolejny raz wracamy tutaj do podstawowego problemu, czyli ludzkiego zdrowego rozsądku. Nie chcesz, żeby do ciebie dzwoniono? Nie podajesz swojego numeru telefonu. Nie chcesz, by cię krytykowano? Nie zakładasz bloga. Nie chcesz, by ktoś wiedział, że go nie lubisz i uważasz, że jest kretynem? Nie piszesz o tym publicznie.
 
Żeby nie było: chociaż bardzo podoba mi się fakt, że Blip jest - na wzór Facebooka - rozwijany poprzez API, uważam, że znacznie lepiej byłoby pozostawić jego użytkowniczkom i użytkownikom możliwość wyboru (podobnie jak w FB), z jakich aplikacji chcą korzystać. Chcesz przeskanować cudze wiadomości? Proszę bardzo, ale tym samym decydujesz się na udostępnienie własnych rozmów. To mógłby być uczciwy układ, rodzący chyba mniej kontrowersji.