Web 2.0, Social Media, blogosfera, mikroblogi i serwisy społecznościowe. Blog Marty Klimowicz
środa, 25 marca 2009
Podejrzewam, że część z osób regularnie czytających i subskrybujących blogi doświadczyła kiedyś tego nieprzyjemnego uczucia, kiedy okazało się, że przy każdym wejściu na czytnik RSS odnajdywali tam kolejny wpis (lub wręcz wpisy) jednego blogera. Bez względu na sympatię, jaką go obdarzają i szacunkiem, z jakim podchodzą do jego wpisów, zbyt regularne blogowanie może okazać się dla czytelników bardziej męczące niż wpisy dodawane rzadko. 
 
Pytanie brzmi jednak - kiedy regularność blogera staje się uciążliwa dla jego czytelników? Czy jeden wpis dziennie codziennie przez kilka tygodni to już za dużo? Czy raczej kilka wpisów dziennie staje się problematyczne? Pomijając już sam fakt, na ile ciekawe, wartościowe i merytorycznie interesujące mogą być wpisy dodawane tak często, czytelnicy blogu mogą nie mieć ani czasu, ani ochoty na tak częste obcowanie z blogerem i jego przemyśleniami. 
 
Podobna wątpliwość nasuwa się przy okazji mikroblogowania. W serwisie, z którego korzystam najchętniej - Blipie - natknąć można się na stwierdzenia, że ktoś "spamuje" kokpit, zbyt często aktualizując swój status. Bywa, że użytkownicy tacy upominani są przez innych. Część z nich odpowiada wtedy, że nie ma obowiązku obserwowania. I faktycznie, sama "odobserowałam" już kilka osób ze względu na ich nadaktywność statusową. Równocześnie, ten sam Blip, umożliwia "szturchanie" użytkowniów, którzy milczą dłużej niż dobę. Można w ten sposób wykazać zaniepokojenie ich nieobecnością. 
 
Pytanie więc brzmi: kiedy bloger (także mikrobloger) staje się spamerem?
poniedziałek, 23 marca 2009
W ostatnich tygodniach coraz częściej słychać o różnego rodzaju protestach czy demonstracjach w sieci. Jak zauważa Jill Walker, również media tradycyjne zaczynają dostrzegać ich znaczenie i liczebność. Czy jednak nie przeceniają ich wagi? 
 
Już w ubiegłym roku protestowali użytkownicy Naszej-Klasy i Facebooka. Nie podobały im się albo zmiany w wyglądzie (FB), albo wprowadzanie płatnych usług (NK). Grozili masowym kasowaniem profili czy nawet założeniem konkurencyjnego serwisu. Żaden z serwisów nie odnotował jednak masowego odpływu użytkowników, nie powstała też społeczność choćby w najmniejszym stopniu mogąca zagrozić NK czy FB stopniem popularności. 
 
Teraz podobnie reagują użytkownicy Grona, również zapowiadając skasowanie swoich profili z serwisu lub przeprowadzając "bojkot", polegający na niekorzystaniu z serwisu przez dobę. W przypadku Grona dochodzi jeszcze smaczek w postaci znaczącego nawiązania w nowym layoucie do wyglądu Facebooka. Nie to jednak wywołało protesty użytkowników. Członkom społeczności nie podobają się po prostu same zmiany, żądają powrotu "starego Grona".  
 
Wiadomo, że: 1) ludzie nie lubią zmian, 2) najgłośniej słychać niezadowolonych z wprowadzonych zmian, 3) zwykle wszyscy prędko przyzwyczajają się do nowej wersji serwisu i zapominają o swoich protestach. Sam fakt istnienia niezadowolonych użytkowników nie jest niczym zaskakującym. Protesty i zapowiedzi kasowania profili również nie. O tym, jak popularne jest tworzenie różnego rodzaju internetowych akcji wsparcia czy nawoływania do bojkotu, wie każdy, kto ma konto na Facebooku i regularnie dostaje zaproszenia do wsparcia akcji typu "woda dla Ugandy" czy "bojkot wyborów prezydenckich na Białorusi".
 
Takie akcje zazwyczaj nie niosą ze sobą żadnych większych konsekwencji, samo kliknięcie nie zmieni ani światopoglądu, ani - tym bardziej - rzeczywistości. Podejrzewam jednak, że przynajmniej dla części osób taki sposób wyrażenia siebie i swoich poglądów polityczno-społecznych jest tylko pierwszym krokiem do dalszych działań.
 
Trudno to jednak faktycznie zbadać i dostarczyć wiarygodnych danych. I z pewnością nie jest tak, jak chcieliby niektórzy, że oto rodzi nam się kolejne pokolenie (które to już pokolenie zrodzone w głowach dziennikarzy?), które aktywnie wykorzystuje internet do zmieniania zastanej rzeczywistości. Nie ma co przeceniać głosów niezadowolenia wyrażanych na forach dyskusyjnych. Część z nich może faktycznie zaowocować realnymi zmianami, jednak zdecydowana większość to po prostu jeszcze jeden sposób wyrażania swojego niezadowolenia i pozostawania biernym (z jednoczesnym złudzeniem aktywnego uczestnictwa w pewnym ruchu społecznym).