Web 2.0, Social Media, blogosfera, mikroblogi i serwisy społecznościowe. Blog Marty Klimowicz
niedziela, 25 listopada 2007
Od pewnego czasu biorę udział w agorowym projekcie Technoblog. Choć niedookreślony jeszcze do końca tematycznie, nie w pełni zadowalający formą, to jednak kusi możliwością dotarcia do osób, które niekoniecznie czytają mojego bloga, ba - niekoniecznie zaglądają na blogi jako takie. Licząc na ciekawe dyskusje, merytoryczne uwagi, burze mózgów etc., zdecydowałam się na to, by częściej publikować tam, niż tutaj. I - póki co - jestem w konfuzji.
 
Mojego bloga czyta regularnie kilkanaście, może kilkadziesiąt osób, które znam nie tylko z komentarzy, ale również z czytania ich blogów, niektóre z nich miałam okazję spotkać osobiście. Są to często ludzie, których głosy cenię, których krytyka jest nawet cenniejsza niż pochwała, z którymi dyskusja rodzi nowe pomysły i pozwala weryfikować różnego rodzaju hipotezy. Liczyłam, że coś takiego, na większą jednak skalę, czeka mnie i innych piszących na technoblogu. I nic nie rozumiem. Bo komentarze, jakie tam się pojawiają w sporej mierze dotyczą raczej kompleksów i frustracji komentujących, niepomiernie rzadko odnosząc się do meritum tekstu.
 
Może to błędne założenie, ale podejrzewam, że gdybym teksty, które pokazują się na tnb, zamieszczała tutaj, część moich czytelniczek i czytelników nie pozostawiłaby ich bez istotnych uwag. Na technoblogu natomiast dowiaduję się głównie, że jestem sponsorowanym przez Billa Gatesa warszawskim wykształciuchem. Rozumiem, że ludzi bolą różne rzeczy, ich prawo do pisania w sieci o tym. Bo nie jest tak, że w konfuzję wprawiają mnie te komentarze - do wielu z nich nie warto się w ogóle odnosić, godząc się na ich istnienie jako skutek uboczny takiego rodzaju działalności, jakim jest pisanie na tnb. W konfuzję wprawia mnie mała obecność rzeczowej, merytorycznej dyskusji. Bo choć wiele racji ma Alek Tarkowski, gdy pisze, że blog to często taki notatnik osobisty z pomysłami do rozwinięcia, to według mnie te pomysły - także te, które zamieszczam na technoblogu - warto konfrontować z innymi. Tnb jednak takiej funkcji, przynajmniej w moim przypadku, nie pełni i ciągle nie mogę zrozumieć, czemu tak się dzieje. Dziwne.
wtorek, 20 listopada 2007
Nie polecałam jeszcze ze wszech miar wartego uwagi czasopisma internetowego "Przegląd Socjologii Jakościowej" (oraz jego angielskiej wersji "Qualitative Sociology Review"), a okazja teraz wyjątkowa - czasopisma otrzymały ocenę ministerialną.  Publikowane tam artykuły honorowane będą punktami, z których  rozliczani są m.in. pracownicy uniwersytetów. Redaktor naczelny, Krzysztof Konecki, pisze, że dokonana została mała "rewolucja  elektroniczna" i myślę, że słowa te nie są przesadzone. Jest szansa, że polskie uczelnie i ich pracownicy przestaną z czasem lekceważyć publikacje internetowe (nierzadko można spotkać się z głosami, że przecież w sieci można wszystko zamieścić, więc nie sposób traktować Internetu poważnie) i dostrzegą tkwiący w nich potencjał (niewiele wydawnictw papierowych - zwłaszcza naukowych - liczyć może na taką samą liczbę czytelników i czytelniczek, co publikacja internetowa).
poniedziałek, 19 listopada 2007
Linkowałam już do poradnika zrywania w czasach Web 2.0, teraz nadeszła pora na nowe spojrzenie na zasadę długiego ogona :
 
 
 
 
 
 
P.S. Myślenie o/pisanie doktoratu i pracy magisterskiej (zwłaszcza połączone z brakiem słońca) jest czaso- i energiochłonne,  (byle do wiosny;).
 
1 , 2 , 3