Web 2.0, Social Media, blogosfera, mikroblogi i serwisy społecznościowe. Blog Marty Klimowicz
wtorek, 22 stycznia 2008
Chyba większość z nas spotkała się w dowolnej społeczności internetowej z profilem, którego zadaniem nie jest po prostu zwykłe przedstawienie jego właściciela - trudno zakładać, by zwierzęta domowe czy Muminki same pracowały nad założeniem własnego profilu. Pojawiają się ikony popkultury, profile łączące osoby o tym samym nazwisku czy słuchające tej samej stacji radiowej - słowem: zrzeszające ludzi, których coś łączy. Tylko czekać, aż w wakacyjnym okresie festiwalowym zaczną pojawiać się profile "Opener" czy "ENH", zbierające tych, którzy w odpowiednim momencie planują swój wyjazd do Trójmiasta lub Wrocławia.
 
To jednak nie wszystkie możliwości zastosowania profili w serwisach społecznościowych. Niewątpliwie ich prymarną rolą jest informowanie - na różne sposoby możemy dać znać, że urodziło nam się dziecko, byliśmy w Londynie, budujemy dom czy lubimy herbatę malinową. Piszemy, wklejamy często pieczołowicie opisane zdjęcia. Informacje te zwykle są postrzegane jako mające wywoływać pozytywne wrażenie, budzić sympatię i stanowić punkt wyjścia do dalszej dyskusji. Co jednak z tymi, którzy profile te wykorzystują, by dotrzeć do jak największej liczby osób z niekoniecznie radosną nowiną?
 
Parę dni temu znajoma fotoblogerka podesłała mi linka do zdecydowanie nietypowego profilu w Naszej-klasie, profilu-nekrologu. Jego zawartość pozwala zakładać, iż profil oryginalnie założony został przez młodego człowieka, po śmierci którego rodzina zdecydowała się umieścić na nim informację o pogrzebie. Podobna wiadomość pojawiła się na blogu właściciela profilu (do którego link znajduje się w rubryce "o sobie"). Naszo-klasowicze zareagowili, jak można się tego było spodziewać - zamieszczająć internetowe "świeczki" w komentarzach do profilu.
Niewątpliwie, zamieszczenie takiej wiadomości w profilu zmarłej osoby daje szansę na dotarcie do dużej liczby znajomych, którzy niekoniecznie muszą być osobiście znani rodzinie czy najbliższym zmarłego. Dzięki nekrologowi wklejonemu do Naszo-klasowej galerii otrzymują oni wiadomość, której w innych warunkach mogliby nigdy nie dostać, mają też okazję na "pożegnanie" się ze zmarłym. Taki rodzaj internetowego cmentarza, a może bardziej - internetowa stypa. Znajomi wpadają, zapalają znicze, składają kondolencje i już nie wracają.
 
Nekrolog ten przypomniał mi o refleksjach, jakie towarzyszą przy odkrywaniu, iż lubiany przeze mnie blog zniknął bez śladu - czy to znaczy, że jego autor/autorka zmienili miejsce pisania, zarzucili tę czynność czy może właśnie umarli i ktoś z ich rodziny postanowił bloga zlikwidować? Poprzez blogowanie czy jakąkolwiek inną internetową aktywność wiążemy się z ludźmi, o istnieniu których możemy nawet nie wiedzieć, stajemy się mikrocelbrities. I tak, jak ciężarne blogerki proszą zwykle swoich partnerów o zamieszczenie na blogu informacji o narodzinach dziecka (wszak czytelniczki i czytelnicy czekają, niepokoją się i trzymają kciuki), tak może i inny rodzaj informacji: o śmierci blogera/blogerki, przestanie być wyłącznie domeną osób blogujących np. o własnej chorobie nowotworowej. Może dzięki tego rodzaju zabiegom, a więc pojawianiu się wiadomości o śmierci w popularnych serwisach społecznościowych czy na blogach, zaczniemy też ze śmiercią bardziej się oswajać?
środa, 16 stycznia 2008
Prowadzenie zajęć ze studentkami i studentami jest zwykle bardzo inspirujące, zmusza do wchodzenia w rolę, w której czuję się raczej nie na miejscu, ale przede wszystkim - pozwala na usłyszenie ciekawych głosów. Tak też było na ostatnich zajęciach, jakie prowadziłam; poświęcone były one temu, jak państwo może i wykorzystuje Internet. Dosyć szybko pojawiła się kwestia wyborów przez Internet i równie szybko okazało się, że wielu osobom (młodym, mieszkającym w dużym mieście, niebawem doskonale wykształconych) pomysł ten nie podoba się. Argumenty w sumie dosyć oczywiste: jeśli ktoś chce zagłosować, to i tak to zrobi, głosowanie to pewnego rodzaju święto, okazja nawet do publicznego zademonstrowania tego, że bierze się udział w życiu politycznym swojego państwa. 
 
Na głosowaniu jednak się nie skończyło, ktoś dodał, że zaczniemy od głosowania przez Internet, potem może pojawią się internetowe sklepy spożywcze (akurat dzień wcześniej sama skorzystałam z zakupów w jednym z internetowych sklepów spożywczych...), możliwość pracy przez Internet, zajęcia uniwersyteckie zastąpione zostaną transmisją internetową etc. A wszystko to jest złe, albowiem doprowadzi do zaniku więzi międzyludzkich i umiejętności kontaktowania się z innymi. Słowem - prawdziwa antyutopia, oderwani od siebie internauci, siedzący przy swoich komputerach i wysyłający miliardy informacji nie wiadomo gdzie (w świat?). 
 
W wypowiedziach tych uderzyły mnie dwie rzeczy: po pierwsze, ci młodzi ludzie nie dostrzegają faktu, że Internet daje alternatywę. Podejrzewam, że biura, w których pracuje się od 9 do 17 nie przestaną istnieć tylko dlatego, że coraz bardziej popularna stanie się praca zdalna. Część ludzi zawsze będzie potrzebowała określonych godzin pracy i określonego miejsca, w którym mają ją wykonywać, innym zaś nie będzie przeszkadzał fakt, iż nigdy nie zobaczą na oczy swojego szefa. I to bardzo dobrze, że i jedni, i drudzy mają wybór - zwolennikom rutyny nikt nie każe podejmować pracy przez Internet, podobnie, jak i drugim nikt nie każe zapisywać się do niemiłego im kieratu.
 
Po drugie: dyskutantki i dyskutanci podkreślali, że poprzez wykonywanie przez Internet coraz większej liczby różnego rodzaju aktywności (jak np. praca zawodowa, studia, zakupy) tracimy kontakt z innymi ludźmi i przestajemy umieć się z nimi komunikować. To zupełnie mnie zamurowało: zrobienie zakupów przez Internet oznacza dla mnie wygrane trzy godziny, które spędzić mogę w przyjemniejszych dla mnie okolicznościach, niż supermarket, z ludźmi, którym wolę poświęcić czas, który spędziłabym na zakupach. Dalej - spora część mojej internetowej aktywności to właśnie komunikowanie się z innymi ludźmi, wymiana wiadomości, dostosowywanie się do do mojego rozmówcy i takie kształtowanie komunikatu, by był czytelny również przez Internet. Stale więc komunikuję się z innymi ludźmi, spotykam z nimi, tyle, że niekoniecznie w tradycyjnie rozumiany sposób - czy to jednak oznacza, że taki rodzaj interakcji jest mniej ważny? I znowu: nie ma przymusu, Internet przecież umożliwia, ale nie zmusza.
 
poniedziałek, 14 stycznia 2008
To oczywiste, że w pojechaniu do Paryża nie chodzi o przeżycie estetyczne, intelektualne czy choćby smakowe. Istotne jest uwiecznianie - siebie na tle (jak się zdaje, ostatnio triumfy święci nie tyle banalne zdjęcie z odpowiednią budowlą na horyzoncie, co raczej o odnalezienie takiej perspektywy, by bohaterowi/bohaterce fotografii wychodziło udawanie, że dotyka tejże budowli ręką, nosem czy dowolną inną częścią ciała). Choć samo uwiecznianie to jeszcze za mało - trzeba jeszcze zdjęcia pokazać innym ważnym i mniej ważnym, na dowód, że w istocie było się, zobaczyło i koszulkę zdobyło. Co jednak należy zrobić w chwili, gdy nawet najwierniejsi przyjaciele odmawiają oglądania kolejnej dziesiątki fotografii z artystycznie ujętym zachodem słońca, a rozsyłanie mejli z liczbą załączników przekraczającą wszelkie normy również nie jest mile widziane?
 
Po pierwsze, można założyć fotobloga - jak jednak mieć pewność, że znajomi dostrzegą dodanie kolejnej dziesiątki zdjęć? Nie wspominając już o tym, że prowadzenie bloga jest dodatkowo w pewien sposób zobowiązujące, ba, może wskazywać na determinację graniczącą z frustracją, a tego z pewnością należy unikać.
 
Dalej, Fotce.pl i jej podobnym towarzyszy określona renoma, łącząca je głównie z nastoletnimi konkursami piękności, w dodatku - można wylądować na fotcepeel i zostać nazwaną Krysią. Też niedobrze.
 
Wreszcie - i to jest właśnie moja odpowiedź na pytania o stałe rośnięcie w siłę pewnego serwisu, którego nazwy już nie sposób nie znać - chyba po raz pierwszy w historii polskiego internetu, dano ludziom możliwość dodawania nieograniczonej liczby zdjęć wraz ze szlachetnym towarzyszącym temu pretekstem: odnalezieniu szkolnych przyjaciół po latach. Nie trzeba już więc tłumaczyć się nikomu, dlaczego ma się tyle zdjęć w tej czy innej internetowej galerii, ba - stale otrzymuje się zapytania i poganienia: gdzie kolejne? Tylko czekać, aż dodany zostanie system oceniania fotografii oraz seksapilu osób na nich uwiecznionych.
 
1 , 2 , 3