poniedziałek, 30 listopada 2009
W połowie listopada miałam przyjemność moderować część konferencji New Media (Studies). Young European Research Studies. Jedno z najciekawszych wystąpień dotyczyło języka irlandzkiego i jego obecności na Facebooku. Autorką prezentacji była Aoife Lenihan, doktorantka Uniwersytetu w Limerick. W swoim doktoracie bada ona rolę oddolnych strategii w rozwoju języka - i za takie uważa właśnie tłumaczenie Facebooka. Aoife skupia się na tłumaczeniu serwisu na język irlandzki.Według pięciostopniowej skali UNESCO, oceniającej stopień zagrożenia języka, jest on "zdecydowanie zagrożony" wymarciem. Oznacza to, że posługuje się nim przede wszystkim pokolenie rodziców i starsze. Spis powszechny z 2006 roku odnotował, że językiem irlandzkim posługiwało się prawie 1,66 mln osób w wieku powyżej 3 lat. Od września 2008 dostępna jest irlandzka wersja Facebooka. Największy serwis społecznościowy nie zatrudnia tłumaczy, ale oddaje tłumaczenia w ręce samych użytkowników. Funkcja ta pojawiła się w lutym 2008. Przełożenie serwisu na język hiszpański zajęło 1,5 tys. ochotnikom niecały miesiąc. Obecnie FB dostępny jest już w 70 językach, na sfinalizowanie tłumaczenia czeka natomiast kolejnych 37. Jak można przeczytać na blogu Facebooka:
Możliwość samodzielnego sugerowania na jakie języki warto przetłumaczyć serwis, a następnie dyskutowanie nad odbywającym się tłumaczeniem, przyczyniać się może do znaczącego rozwoju tożsamości narodowej oraz upowszechniania znajomości języka. Podczas tłumaczenia poszczególnych stron serwisu, użytkownicy prowadzą między sobą zaciekłe dyskusje na temat poszczególnych słów czy całych wyrażeń. Internauci tłumaczący Facebooka na język irlandzki nie mogą np. zgodzić sie w temacie, które określenie na telefon komórkowy powinno być stosowane w oficjalnym tłumaczeniu serwisu. Dla mniejszości postulowanie przetłumaczenia Facebooka na ich język stanowić może także jeden z elementów autonomizacji. Stąd na forum pojawiają się sugestie, by dokonać tłumaczenia FB np. na język kurdyjski. Zaistnienie w serwisie społecznościowym może pomóc także w jego międzynarodowej akceptacji. Stosowanie Facebooka jako oddolnego narzędzia do kultywowania języków mniejszości, a także wzmacniania ich rozpoznawalności, może w ciekawy sposób wpłynąć na funkcjonowanie mniejszości narodowych i regionalnych. O ich istnieniu nie będą musiały świadczyć istniejące szkoły czy deklaracje podczas spisów powszechnych. Znaczącym dowodem może z czasem staż się liczba użytkowników Facebooka angażująca się w proces przekładu czy stosująca już gotowe tłumaczenie. Takie oddolne działania, prowadzone za pośrednictwem najpopularniejszego serwisu społecznościowego, moga okazać się znacznie bardziej skuteczne od jakichkolwiek działań polityków.
czwartek, 29 października 2009
Niedawno przeczytałam dwie ciekawe wypowiedzi na temat różnic między aktualizowaniem statusów na Facebooku i Twitterze. Socjolożka Danah Boyd uważa, że Facebook w większym stopniu jest przestrzenią prywatną niż Twitter. Wynika to z faktu, że znajomości na FB muszą być potwierdzone przez obie strony - tego wymogu nie znajdziemy w serwisie mikroblogowym, gdzie każdy może obserwować dowolną osobę bez jej zgody. Tym samym, zdaniem Boyd, Facebook w większym stopniu pobudza do interakcji - statusy pojawiają się na stronach wszystkich znajomych, którzy w łatwy sposób mogą na nie zareagować, choćby przez ich "polubienie". Ciągle jednak jest to rozmowa pomiędzy osobami, które się znają. W przypadku Twittera możemy nawiązać dialog z kimś zupełnie nieznajomym, tylko dlatego, że zainteresował nas status tej osoby, linkowany przez nią film czy komentarz do bieżacych wydarzeń politycznych. Rozmowa ta toczy się w publicznej przestrzeni, co oznacza, że jest widoczna dla każdego użytkownika serwisu (o ile, oczywiście, jej uczestnicy nie zdecydują się na wykorzystanie prywatnych wiadomości i ukrycie swojego dialogu przez postronnymi internautami). Natomiast według Roberta Scoble'a tym, co w największym stopniu odróżnia czynność aktualizowania statusu na Facebooku od tego samego na Twitterze, jest możliwość dokonania wyboru, czyje wypowiedzi mają być dla nas widoczne. Facebook sprawia, że widzimy nie tylko statusy czy zdjęcia naszych znajomych, ale także komentarze zamieszczane przez ich znajomych. Niekoniecznie muszą to być osoby, które są dla nas interesujące, może się wręcz zdarzyć, że z wielką chęcią zignorowalibyśmy ich obecność w tym samym serwisie społecznościowym. To jednak można znacznie łatwiej zrobić na Twitterze - wyświetla on tylko te statusy, które faktycznie chcemy widzieć, pochodzące od osób, które samodzielnie wybraliśmy do obserwowania. Zastanawiam się, co dla mnie stanowi największą różnicę w aktualizowaniu statusów na Blipie i Facebooku. Z całą pewnością - tego pierwszego używam znacznie częściej, nie tylko do dodawania nowych blipnięć, ale także do rozmów z innymi użytkownikami. Coraz częściej używam go zamiast komunikatorów czy mejli. Status na Facebooku aktualizuję znacznie rzadziej i w sumie tego samego oczekuję od swoich tamtejszych znajomych. To zapewne kwestia przyzwyczajenia, byłabym jednak zdziwiona, odnajdując na FB ten sam rodzaj nadprodukcji statusów, jaki czasem można zaobserwować na Blipie. Ciekawi mnie jeszcze jedna kwestia - w ostatnim czasie można zauważyć pojawianie się na FB osób, które przez kilkanaście ostatnich miesięcy intensywnie korzystały z jednej tylko społeczności internetowej. Często są to te same osoby, które przez ostatnie tygodnie dzielnie wklejały tam kolejne kody, mające zlikwidować mechanizm publikowania statusów. Ba, niektóre z nich ciągle to robią - nie zauważam jednak, by przeszkadzały im statusy na Facebooku. Zastanawiam się, jak sobie z tym radza?
wtorek, 13 października 2009
Od piątku w polskich kinach można oglądać film Julie & Julia, oparty na dwóch biografiach - amerykańskiej kucharki Julii Child i blogerki Julie Powell. Ta druga w 2002 roku postanowiła w ciągu 12 miesięcy przygotować wszystkie potrawy, które znalazły się w książce Mastering the Art of French Cooking autorstwa tej pierwszej. Swoje zmagania na bieżąco opisywała na blogu The Julie/Julia Project. Sam film jest rozczarowujący pod wieloma względami (polecam recenzję z Przekroju), znacznie ciekawszy od niego jest artykuł autorstwa Katarzyny Bosackiej, zamieszczony w Wysokich Obcasach. Warto jednak przyjrzeć się blogowi prowadzonemu przez Julie Powell oraz badaniom, które na powstałej wokół niego społeczności przeprowadziła Anita Blanchard. Należy zauważyć, że cytowany artykuł pochodzi z 2004 roku, w przeciągu tych pięciu lat wiele się zmieniło w temacie badania społeczności internetowych, a także rozumienia ich specyfiki. Badaczka zapytała komentatorów i czytelników blogu m.in. o to, czy mają poczucie, że tworzą "wirtualną społeczność". W skali 1-5, gdzie 1 oznacza "zdecydowanie nie", a 5 - "zdecydowanie tak", średnia odpowiedzi wynosiła 3, a więc - "ani nie, ani tak". Natomiast z towarzyszącego ankiecie badania jakościowego, Blanchard wysnuła wniosek, że większość osób badanych nie miała poczucia przynależności do społeczności. Według badaczki, pomimo swojej znacznej popularności, blog Powell nie stworzył społeczności. Zbyt wiele zależało od osoby blogerki i w chwili, gdy przestała ona zamieszczać nowe posty, większość ludzi straciła zainteresowanie tym miejscem w sieci. Nie jestem pewna, czy ten wniosek jest całkowicie uprawniony. Po pierwsze - społeczności nie trwają wiecznie, co jednak nie przekreśla ich wcześniejszego istnienia. Po drugie - przypadek blogerki, która gromadzi wokół swojej strony wiernych komentatorów i czytelników, przypomina nieco blogi Kominka. Charyzmatyczna postać, blogera i unikatowość podejmowanej tematyki (lub sposób jej ujęcia), sprawiają, że społeczność blogowa gromadzi się w jednym miejscu, zamiast rozpraszać się na wielu stronach (jak to ma miejsce w przypadku szafiarek). Po trzecie wreszcie - zaskakuje sam fakt pytania o "poczucie społeczności" jako jedyny wskaźnik istnienia tej wspólnoty. Choćby dlatego, że nie wszyscy definiują społeczność jednakowo - dzieje się tak w obrębie samej socjologii, a co dopiero, gdy o społeczność zapytamy przypadkowe osoby, które nie są związane z naukami społecznymi. Po czwarte i ostatnie wreszcie - fakt, że nie wszyscy komentatorzy i czytelnicy deklarowali, że czują się członkami społeczności, również nie przekreśla jej istnienia. Społeczność skupiona wokół blogu nie musi być przecież tworzona przez wszystkie osoby, które na daną stronę zaglądają. Na marginesie, warto zauważyć, że sprawą filmu blog ponownie ożył. Pod starymi wpisami pojawiają się komentarze osób, które właśnie zobaczyły Julie & Julia. Część z nich pisze o swoim zachwycie zarówno produkcją filmową, jak i samym blogiem, dziękując za inspiracje kulinarne. Inni są rozczarowani:
|
Archiwum
|