|
Blog > Komentarze do wpisu
andrew keen, "kult amatora. jak internet niszczy kulturę", waip, warszawa 2007andrew keen ma pecha, co tu kryć. nie dość, że urodził się w niewłaściwym miejscu, to jeszcze w niewłaściwym czasie. a mogło być tak pięknie. mógł przecież żyć w połowie XX wieku w europie wschodniej, gdzie nie było miejsca na wątpliwości, dywagacje, prawda była oficjalna i jedna. człowiek nie czuł się taki zagubiony i niepewny. mógł też żyć w czasach, gdy wierzono w obiektywizm, gdy uważano, że istnieją gołe fakty, nieskażone punktem widzenia. ale niestety, nic z tego. więc keen urodzony nie dość, że zbyt późno, to w dodatku w niewłaściwym punkcie ziemi, cierpi. i jeśli prawdą ma być, że cierpienie uszlachetnia, to czytelniczki i czytelnicy "kultu amatora" odczują to na własnej skórze.
książka napisana w obronie prawdziwych mediów (dla przypomnienia, są to: radio, prasa i telewizja), prawdziwych dziennikarzy (dla przypomnienia: są to ci, którzy dostają za swoją pracę pieniądze od prawdziwych mediów), prawdziwej kultury (takiej, którą należy przybliżyć masom) i reprezentowanych przez nią wartości. prawie 200 stron powtarzania w kółko jednej tezy, którą dałoby się zawrzeć w kilku zdaniach. głos prawdy na waszym regale z książkami. z keenem ciężko jest polemizować, znalezienie się na tym samym poziomie, co autor, wymagałoby przejęcia jego dyskursu, cytowania wiadomości zaczerpniętych z prasy oraz posługiwaniem się wiedzą powszechną (to naprawdę fascynujące, jak dokonując krytyki wikipedii keen opiera się jednocześnie na równie niejasnych informacjach, co wiele oferowanych przez nią definicji). trzeba by dokonywać uogólnień, używać wielkich kwantyfikatorów i popełniać błędy logiczne. to wszystko, a także jeszcze więcej znajduje się bowiem w książce człowieka, który na okładce opisany został jako "intelektualista" i czytając jego publikację trudno oprzeć się wrażeniu, iż jest to pewien rodzaj eufemizmu, mający przykryć elementarne luki w jego wykształceniu. spróbuję jednak dokonać pewnej krytycznej analizy tego, co zostało przez keena napisane, niesięgając przy tym do jego metod. keen zaczyna od napaści na youtube, o którym pisze: to niekończąca się galeria amatorskich filmów prezentujących głupców, którzy tańczą, śpiewają, jedzą, myją się, robią zakupy, prowadzą samochów, sprzątają, śpią lub po prostu gapią się w monitor. (s. 28) nie wiem, skąd wie, że oglądani przez niego ludzie są głupcami (czy to coś na zasadzie, że każdy widzi innych poprzez siebie?), próbuję jednak przypomnieć sobie jakąkolwiek produkcję filmową - hollywoodzką (bo to w m.in. obronie uciśnionego hollywoodu pisze keen) bądź nie, w której nie pojawiłaby się choć jedna z wymienionych przez niego czynności. keen jednak uważa, iż są to bzdury, niestety, nie definiuje, jakie są zatem prawdziwie wielkie i ważne tematy, którym zajmuje się wyłącznie prawdziwe i profesjonalne kino. dalej obrywa się serwisom społecznościowym, które istnieją po to, byśmy mogli sami siebie zareklamować (s. 30). możliwe, że gdyby keen czytał coś więcej, niż przywoływany średnio na co drugiej stronie "the new york times", wiedziałby, że według niektórych teorii społecznych na tym właśnie polega życie w społeczeństwie, a każde nasze zachowanie wywoływać ma określone reakcje, budujące konkretny wizerunek naszej postaci. każda nowa strona na myspace, każdy nowy post na blogu, każdy nowy film wideo na youtube to potencjlanie kolejna strona powierzchni reklamowej stracona przez media mainstreamowe. (s. 32) to stwierdzenie niczym bumerang powraca na kartach całej książki i każe uważnie szukać informacji o tym, że publikacja sponsorowana jest przez któregoś z właścicieli mediów tradycyjnych. tym bardziej, że keen dodaje jeszcze: nasze zaufanie do tradycyjnych reklam jest w coraz większym stopniu nadużywane przez dużą liczbę parodii krążących w internecie. (s. 41). nie jestem przekonana, że ludzie nie wierzą w to, co im się pokazuje w telewizyjnych reklamach, keen tę pewność ma, więcej, on już wie, dlaczego tak się dzieje. co ciekawe, nie dostrzega, iż brak zaufania do reklam może oznaczać, że jednak ludzie nie są małpami, jak o nich w chwilach wznoszenia się na wyżyny literackich metafor pisze. skąd mamy wiedzieć, w co i komu wierzyć? (s. 39-40), pyta dramatycznie keen, na szczęście ma on jednak odpowiedź i wie, komu można ufać w tym poplątanym świecie płynnych granic i niejasnych tożsamości: gazeta - źródło informacji o świecie, na którym można polegać (s. 30). co więcej, z tym jakże obiektywnym (słowo-klucz u keena) i wiarygodnym źródłem informacji wiążą się również inne zalety: ci z nas, którzy ciągle kupują gazety i magazyny, wiedzą, że sprzedaje się też coraz mniej płyt z muzyką. (s. 31) zupełnie nie wiem, w jak błyskotliwy sposób keen wiąże kupowanie gazet z posiadaniem wiedzy na ten temat. ale widocznie wie coś, czego ja nie wiem, choć czasem gazety kupuję. magazyny również. blogi mogą stać się nośnikiem ukrytej propagandy korporacyjnej i oszustwa. (s. 38) rzeczywiście, wiadomo, że takie rzeczy w poważnych mediach się nie zdarzają, skądże znowu. nie tylko nasza wrażliwość estetyczna jest zagrożona. internet stał się medium wyboru, gdzie nagina się prawdę o polityce, a politycy są po obu stronach barykady. (s. 44) znowu – telewizja i prasa rzeczywistości nie tworzą, one ją relacjonują (podobnie, jak i uznany profesor, który według keena nie promował żadnego punktu widzenia, a jedynie podawał fakty (s. 58). keen stanowczo powinien więcej czytać. fakty nie istnieją w oderwaniu od punktu widzenia.). i co z tą wrażliwością estetyczną? mojej na przykład zagraża kolejna edycja tańca z gwiazdami. keen bardzo chętnie używa też pojęcia dobrego gustu (s. 49), jak bardzo elitarnie i mądrze musi się z tym czuć. jednym z największych problemów, jakie wyławia keen z rzeczywistości tworzonej przez web 2.0, jest to, że darmowe treści stworzone przez użytkowników, zapoczątkowane i cenione przez rewolucję web 2.0, dziesiątkują szeregi naszych kulturowych strażników, takich jak profesjonalni krytycy, dziennikarze, redaktorzy, muzycy, filmowcy i inni dostawcy eksperckich informacji (s. 36). jak już wspominałam, keen ma pecha, mógł się urodzić w czasach, w których jedni ludzie byli strażnikami dla drugich i lepiej od nich wiedzieli, co jest dla nich dobre, a co złe, palili nieodpowiednie książki lub przynajmniej zabraniali ich publikacji. taka święta inkwizycja to przecież złote czasy były, jak się dobrze zastanowić, dwa dodać dwa zawsze dawało cztery, a jak ktoś miał inną opinię, to tłumaczyło mu się, że jest w błędzie. keena zabolało również to, że człowiekiem roku „time” ogłosił przeciętnych internautów: kto był człowiekiem roku 2006 magazynu "time"? czy był to george w. bush, steve jobs lub bill gates i warren buffet, którzy razem przeznaczyli siedemdziesiąt miliardów dolarów swoich fortun na poprawienie życia na ziemi? (s. 46) nie wiem, skąd magiczna kwota 70 miliardów dolarów, nie wiem też, w jaki sposób george w. bush przyczynia się swoją osobą do poprawy życia na ziemi. chwilami jednak keen strzela w dziesiątkę, szkoda, że sam ze zrozumieniem nie czyta tego, co pisze: niewielu z nas ma odpowiednie wykształcenie, wiedzę lub doświadczenie, by móc spojrzeć na dany problem z właściwej perspektywy (s. 47); to. czego naprawdę dostarcza nam rewolucja web 2.0, to powierzchowne obserwacje otaczającego nas świata zamiast głębokiej analizy, głośne opinie zamiast rozważnej oceny (s. 36). zupełnie, jakby pisał o sobie. keen porusza jednak również prawdziwe problemy, jak np. gromadzenie danych przez google. niestety, jego książka przypomina przypadkowe klepanie w klawiaturę, co – jak dobrze wiemy – czasem może się ułożyć w sensowne zdanie. prawdziwą tragedią keena jest to, że na każdy problem ma on gotową odpowiedź, ba, ostatni rozdział „kultu amatora” nosi wręcz tytuł „rozwiązania”. ciekawe, czy keen ma też pomysły na rozwiązanie problemu globalnego ocieplenia, niżu demograficznego w krajach zachodnich oraz walk plemiennych w afryce. podejrzewam, że tak i pozostaje tylko czekać na kolejną książkę z cyklu: perły przed wieprze. ps na osobną uwagę zasługuje sama teza o "niszczeniu kultury", o czym już pokrótce pisałam.
niedziela, 30 września 2007, socin
TrackBack
Komentarze
aaaargh
2007/09/30 12:20:30
Ponieważ - jak wiesz - lubię czytać różne dziwne i wkurzające mnie rzeczy, w tym te o "niszczeniu kultury", poczułam się zachęcona :) Zapowiada się dobra zabawa
Gość: anna.wiatr, host-81-190-211-203.wroclaw.mm.pl
2007/09/30 12:41:19
niektórym jednak już szkoda czasu na czytanie 'tego typu rzeczy', a jednak muszą to robić. co zaczyna być już dość uciążliwe (czytając 500stronicowe refleksje na temat tego, jak POWINNO SIĘ podchodzić do śmierci w czasach rozpadu wszystkich prawdziwych wartości, umieram, naprawdę).
zatem dołączam wyrazy podziwu, że nie wyrzuciłaś książki keena przez okno 2007/10/01 10:59:14
Panu Keenowi można zadedykować wiersz Adama Asnyka:
"Daremne żale - próżny trud, Bezsilne złorzeczenia! Przeżytych kształtów żaden cud Nie wróci do istnienia. Świat wam nie odda, idąc wstecz, Zniknionych mar szeregu - Nie zdoła ogień ani miecz Powstrzymać myśli w biegu. Trzeba z żywymi naprzód iść, Po życie sięgać nowe... A nie w uwiędłych laurów liść Z uporem stroić głowę. Wy nie cofniecie życia fal! Nic skargi nie pomogą - Bezsilne gniewy, próżny żal! Świat pójdzie swoją drogą." 2007/10/01 20:13:06
Tak się przejęłam wynurzeniami pana Keena, że aż zapragnęłam dla odmiany obejrzeć dziś wiadomości, ale jak na złość siadła mi kabluffka...
Gość: ziiz, static-87-105-185-190.ssp.dialog.net.pl
2007/10/26 10:53:35
spodziewałem, ze się będzie źle ale że aż tak..ble...wstyd czytac w komunikacji miejskiej(tam czytam ksiązki) bo tam sami szlachetni amatorzy jazdy zbiorowej nie to co eksperci w samochodach;)
2007/11/27 22:30:32
właśnie wróciłam ze spotkania z keenem, a po południu skończyłam czytac ksiażkę. i tak, zgadzam się, ze jest nierzetelny, niedokładny, przesadza, panikuje, jest niesprawiedliwy, bywa radykalnie niesprawiedliwy i w ogóle ma tendencje do bycia zwylennikiem kultury wysokiej, którą wszyscy powinni docenić. i tak, też się wkurzałam czytając książkę bo jesli nawet byłam o krok od zgodzenia się z nim w jakiejś sprawie to natychmiast pisał zdanie, które sprawiało, że miałam ochotę pobić się własną pieścią...
ale myślę, że mimo wszystko jest coś poza tym. poza tą warstwą bełkotu i kompletnej niezgody na świat, w którym keen żyje (choć przecież - jak mówi - nie rusza się nigdzie bez komputera i używa Google) jest słuszna chęć podniesienia dyskusji na temat tego, że internet zaczyna żyć własnym zyciem nawet jeśli jest tylko stworzonym przez ludzi narzędziem. zgadzam się z nim tylko i wyłącznie w jednej kwestii: powinniśmy przemyśleć to, jak uczyć się nawzajem, uczyć dzieci w szkołach, dorosłych w domach, uczyć się jak korzystać z tego narzędzia, uczyć, że trzeba traktować je bardziej refleksyjnie niż kiedykolwiek przedtem. nawet jeśli przykłady przez niego podawane są absurdalne, nawet jeśli jest bezczelny i radykalny to przecież ma to chociażby taką wartość, że zwraca - także tym przejaskrawieniem - naszą uwagę, że nawet jeśli jeszcze nie ma Problemu, to może w niedalekiej przyszłości będzie... i warto o tym pogadać. tak myślę sobie po prostu :) pozdrawiam (świetny ten blog! czytam go od jakiegoś czasu z wielkim zainteresowaniem i nutką zazdrości :) stoko
Gość: , gnt66.internetdsl.tpnet.pl
2008/05/29 18:51:30
no to "click" na google i można żyć, prawda? a google za nas pomyśli, wynajdzie, i odpowie! ot, besssstia! keen w wielu miejscach może i wyolbrzymia, ale to, że tak liczna grupa wierzy w "zbiorową mądrość Internetu" powinna, przynajmniej, na minutę zastanowić. pozdrawiam
|
|